Bajka o Kopciuszku, która kończy się rzezią: Yanderella
Słodka trucizna w różowym opakowaniu, czyli dlaczego obietnice z dzieciństwa bywają śmiertelną pułapką
Yanderella to produkcja, która bierze na warsztat najbardziej wyświechtany motyw w historii gatunku visual novel, powrót do rodzinnego miasta i spotkanie z przyjaciółkami z dzieciństwa, tylko po to, by wbić nam w plecy zardzewiały nóż.
Wcielamy się w Yataro, typowego, nieco nijakiego protagonistę, który nagle staje między dwiema dziewczynami: uroczą, bogatą Hinatą oraz cichą, opiekuńczą Honoką. Obiektywnie patrząc, największą siłą tego tytułu jest jego bezkompromisowe tempo i sposób, w jaki gra buduje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Studio Charon po mistrzowsku operuje estetyką „cute but creepy”, gdzie pastelowe kolory i wielkie oczy bohaterek maskują narastające szaleństwo, które wybucha z siłą granatu w najmniej oczekiwanym momencie. Gra nie bawi się w subtelności, co sprawia, że przejście od sielanki do absolutnego krwawego chaosu jest niezwykle intensywne i zostawia gracza z autentycznym poczuciem szoku.
Krytycznie oceniając scenariusz, trzeba jednak przyznać, że Yanderella cierpi na brak psychologicznej głębi, którą znajdziemy w bardziej rozbudowanych tytułach tego typu. Postacie są tutaj zredukowane do czystych archetypów, co sprawia, że ich obsesja nie wynika z logicznych przesłanek, lecz jest po prostu narzuconym elementem gatunkowym.
Gra jest boleśnie krótka, co obiektywnie ogranicza możliwość budowania więzi z bohaterkami, zanim zdążymy je naprawdę poznać, krew już zaczyna chlapać na ekran. Można odnieść wrażenie, że fabuła służy tu jedynie jako nośnik dla makabrycznych finałów, co czyni ją nieco „płytką” w porównaniu do nowoczesnych horrorów narracyjnych. Dodatkowo, mechanika wyborów jest tu szczątkowa i sprowadza się do prostych decyzji, które w sposób zero-jedynkowy prowadzą do konkretnego zakończenia, pozbawiając nas jakiejkolwiek szarej strefy czy możliwości manewru.
Z perspektywy wizualnej i dźwiękowej, Yanderella to podróż w czasie do ery prostych gier z RPG Makera, co ma swój unikalny, nostalgiczny urok, ale technicznie może odstraszać nowoczesnego gracza. Surowe rysunki i zapętlona, momentami irytująca muzyka budują specyficzny, duszny klimat, który idealnie pasuje do opowieści o osaczeniu.
Obiektywnie jest to tytuł kultowy w swojej niszowej kategorii, ponieważ jako jeden z pierwszych tak brutalnie obnażył mroczną stronę archetypu yandere w krótkiej, darmowej formie. Mimo swoich technicznych niedociągnięć i narracyjnych skrótów, gra pozostaje rzetelnym, choć brutalnym dreszczowcem, który w pół godziny potrafi wywołać więcej emocji niż niejeden wysokobudżetowy horror. To idealny przykład gry, która stawia na „efekt szoku” jako główną walutę, co dla fanów gatunku będzie zaletą, a dla osób szukających ambitnej literatury, raczej stratą czasu.
Krwawy trójkąt, w którym nie ma wygranych
Gra stawia nas przed klasycznym dylematem: którą z przyjaciółek z dzieciństwa wybrać, sugerując, że każda decyzja przybliży nas do romantycznego finału, podczas gdy obiektywnie każda z tych ścieżek jest jedynie inną drogą do tego samego piekła.
Mechanika ta jest genialna w swojej prostocie, ponieważ wykorzystuje nasze przyzwyczajenia z typowych symulatorów randkowych, gdzie „wybranie” jednej dziewczyny zazwyczaj rozwiązuje konflikt. Tutaj każda próba faworyzowania jednej z bohaterek staje się wyrokiem śmierci, co w sposób brutalny dekonstruuje ideę haremu w anime.
Hinata i Honoka są dwiema stronami tego samego, zepsutego medalu, a ich kreacja opiera się na radykalnym kontraście, który ma zmylić gracza.
Hinata to klasyczna „księżniczka”, promienna, bogata i pewna siebie, która wydaje się naturalnym wyborem dla kogoś, kto szuka w życiu energii i radości. Jej obsesja jest głośna i ekspresyjna; to yandere, która atakuje frontalnie.
Z kolei Honoka reprezentuje archetyp „Kopciuszka” (stąd tytuł gry), cicha, domowa dziewczyna, która zajmuje się gotowaniem i sprzątaniem, sprawiając wrażenie uległej i bezbronnej. To właśnie w Honoce kryje się największy narracyjny haczyk, ponieważ jej ciche szaleństwo jest znacznie bardziej niepokojące. Obiektywnie obie postacie są napisane bardzo schematycznie, co z jednej strony pozwala szybko zrozumieć ich rolę w opowieści, ale z drugiej, sprawia, że ich przejście w tryb morderczy wydaje się nagłe i pozbawione głębszej podbudowy emocjonalnej.
Yanderella to krótka, ale uderzająca lekcja tego, jak niebezpieczna może być chorobliwa zaborczość ukryta pod maską niewinności i pastelowej estetyki. Chociaż gra oferuje proste mechaniki i archetypowe postacie, to jej siła tkwi w bezwzględnej dekonstrukcji marzeń o idealnym miłosnym trójkącie. To surowy i krwawy dreszczowiec, który mimo swoich narracyjnych uproszczeń, pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych i szokujących tytułów w swojej niszowej kategorii.
Ocena 6/10


