Lapse: A Forgotten Future
Lapse: A Forgotten Future, czyli jak przegrywać świat, leżąc w łóżku:
Szczerze? Pobrałem wtedy to jakoś o 3 w nocy, bo znowu nie mogłem spać i nie miałem najmniejszej siły na myślenie o tym, że rano trzeba wstać. Szukałem w sklepie z apkami czegokolwiek, co wyłączy mi mózg. Trafiło na Lapse. W sumie idealnie wpasowało się w mój nastrój, bo gra jest o tym, że świat już dawno szlag trafił, a ty musisz jakoś bezsensownie zarządzać tymi zgliszczami.
Tinder, tylko zamiast odrzucenia jest śmierć:
Gra polega na przesuwaniu kart w lewo albo w prawo. Ktoś do ciebie przychodzi – jakiś poturbowany żołnierz, smutny mutant, albo laska, która twierdzi, że widzi przyszłość – i zadaje pytanie. Odpowiadasz tak albo nie. Zależnie od tego, co wybierzesz, zmieniają się cztery paski na górze ekranu:
- Roślinki/Ekologia (to, co zostało z natury)
- Ludzie (ci, którzy jeszcze żyją i chcą cię nienawidzieć lub kochać tak bardzo aż skonasz )
- Wojsko (powiedzmy, że to podstawowa siła państwa)
- Kasa (wiadomo)
- Religia (kiedyś była jako jeden ze wskaźników, ale obecnie nie ma już w grze)
Najlepsze (albo najgorsze) w tej grze jest to, że nie da się wygrać. Serio. Zasada jest prosta: jak zignorujesz któryś pasek i spadnie do zera, giniesz. Ale jak w coś za bardzo zainwestujesz i pasek dobije do końca, też giniesz. Jesteś za biedny? Śmierć. Masz za dużo kasy? Oligarchowie cię obalają. Zupełnie jak w życiu, starasz się, robisz, co możesz, a i tak na końcu wszystko się sypie przez jakiś głupi szczegół.
Pętla, z której nie chce się wychodzić:
Szybko zorientowałem się, że w tej grze będę ciągle umierał. Jeśli nie z powodu pasków, to najprawdopodobniej, z jakiegoś nieoczekiwanego wydarzenia fabularnego i tak do pewnego roku. Przynajmniej ta beznadzieja ma jakiś cel.
Czasem, jak już naprawdę nie chce mi się ruszyć z łóżka, po prostu gram kolejną "kadencję", żeby zobaczyć nową kartę i dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. To wciąga. Może dlatego, że w wirtualnym, zniszczonym świecie łatwiej znieść apokalipsę niż własne myśli.
"W Lapse przegrywasz cały czas, ale przynajmniej gra daje ci iluzję, że twoje decyzje cokolwiek znaczą."
Minusy? Oprócz tego, że przypomina rutynę:
Po kilku dniach gra staje się trochę monotonna. Karty zaczynają się powtarzać w kółko. Wiesz już na pamięć, że jak powiesz "tak" temu gościowi w garniturze, to stracisz poparcie ludzi, więc mechanicznie przesuwasz w lewo, czekając na coś nowego. To takie trochę... puste klikanie. Czysta rutyna, żeby zabić czas. Ale w sumie i tak nie miałem nic lepszego do roboty.
Ci wszyscy dziwni ludzie (i nie tylko), którzy nie dają ci spokoju:
Najgorsze w byciu "prezydentem" w tej grze jest to, że ciągle ktoś czegoś od ciebie chce. Zupełnie jak w życiu, tylko gorzej, bo tutaj każdy z nich może cię zabić na pięćdziesiąt różnych sposobów. Siedzisz sobie, próbujesz tylko utrzymać te durne paski w równowadze, a przed tobą przewija się istna parada odklejeńców.
Oto z kim musisz się użerać i dlaczego każdy z nich w końcu sprawi, że będziesz miał ochotę wyłączyć telefon:
- Generał: Typowy militarny beton. Zawsze chce więcej kasy na wojsko, więcej broni, więcej wojny. Jak mu odmówisz, obali cię w zamachu stanu, bo jesteś za słaby. Jak mu dasz za dużo władzy – poczuje się zbyt pewnie i... też cię obali. Nie dogodzisz facetowi, ciągle musisz go trzymać na krótkiej, ale niezbyt ciasnej smyczy.
- Kumiyo (Naukowiec): Na początku wydaje się w miarę normalna. Oto, bystra dziewczyna w kitlu, przychodzi z badaniami, prosi o fundusze. Z czasem okazuje się, że ma ostro zryty beret, bawi się w tworzenie cyborgów i ma stanowczo zbyt dużo wspólnego z tą całą pętlą czasu. Zamiast pomagać, głównie funduje ci egzystencjalny kryzys, ale musisz cos zrobić by uciec od tego koszmaru, dlatego z nią współpracujesz.
- Gubernator Armstrong: Przychodzi w garniturze, gada o jakichś rolniczych sprawach albo gospodarce, wygląda jak najnudniejszy biurokrata świata. A potem nagle, ni z tego, ni z owego, odkrywasz, że chłop jest kosmitą. Serio. Jakby apokalipsa i mutanty to było mało, gra rzuca ci w twarz przybyszami z innej planety.
- Minister Ekologii (mistrzyni gaslightingu i focha): Jak tylko nie zrobisz czegoś dokładnie tak, jak ona chce, bo np. wolisz, żeby ludzie nie pomarli z głodu, niż żeby uratować jakąś radioaktywną paproć – to patrzy na ciebie, jakbyś osobiście dusił ostatniego szczeniaka na planecie. A Dziękuję? Szacunek? Zapomnij. Jak tylko dobijesz do maksa ekologię, ona stwierdza, że w sumie to ty jej tylko przeszkadzałeś. "To wszystko moja robota, ty tu jesteś zbędny". I pyk, koniec gry, zostałeś obalony przez własną minister.
- Pierwsza Dama: Myślisz sobie "okej, świat płonie, ale przynajmniej mam wsparcie żony". Błąd. Nie chcę ci zbytnio spoilerować największych plot twistów, ale powiem tylko tyle: w pewnym momencie orientujesz się, że ta relacja to totalna katastrofa. Zaufanie to w tej grze towar deficytowy.
- Czas: Zamiast powiedzieć wprost, o co chodzi, rzuca jakimiś zagadkami. On jest łącznikiem między tobą a tą całą chorą pętlą czasu. Przy nim wszyscy inni – ten generał z kompleksem niższości czy ta minister z fochem, wydają się tacy... mali. Czas stoi ponad tymi durnymi paskami na górze ekranu. On nie dba o twoją gospodarkę. On dba o to, żebyś zrozumiał, że jesteś uwięziony, ale rozmawia z TOBĄ, a nie z twoim stanowiskiem: Wszyscy inni chcą czegoś od Prezydenta. Chcą kasy, chcą broni, chcą drzewek. Czas jako jedyny rozmawia z tobą, może dlatego, że nie ma wyboru i musi komuś powierzyć misję ratowania świata, jakby już nie był "zepsuty"
Ostateczny werdykt:
Jeśli szukasz czegoś, co zajmie ci ręce, kiedy głowa jest zbyt ciężka od myśli, Lapse jest idealne. Przesuwasz te karty, podejmujesz decyzje, które i tak pewnie doprowadzą do katastrofy, i patrzysz, jak świat płonie.
To gra o tym, że porażka jest nieunikniona, ale próbowanie dalej, mimo że wszystko mówi ci, że to bez sensu, jest w jakiś dziwny sposób ludzkie.
Moja ocena: Takie mocne 8/10 w kategorii "gry, które rozumieją mój stan ducha"


