No, I'm Not a Human- Moja opinia
No I’m Not a Human. Krótko, konkretnie i bez owijania w bawełnę. Myślałem, że to będzie kolejna głupia gierka na dziesięć minut, ale siedzę teraz, patrzę w okno i czuję ten specyficzny rodzaj chłodu, którego nie da się przykryć kocem.
O co tu w ogóle chodzi?
Zaczynasz jako ktoś, kto niby jest człowiekiem, ale czuje, że coś jest nie tak. Cały świat wygląda jak jakaś wyblakła pocztówka, czyli szaro, nudno, bez żadnego punktu zaczepienia. Żyjesz po tym swoim małym świecie i próbujesz udawać, że wszystko jest w porządku, ale ta gra cały czas przypomina ci, że jesteś obcy. Że nie pasujesz do tych wszystkich radosnych ludzi, do tych ich durnych problemów.
Większość gier o "nie-ludziach" to jakieś strzelanki o ufoludkach. Tutaj jest inaczej. Tutaj bycie nie-człowiekiem to metafora tego obrzydliwego dystansu, który masz do świata.
Siedzisz w tym małym pokoju, za drzwiami świat dosłownie wyparowuje w oparach jakiejś chorej epidemii, a ty jedyne, co masz, to ten duszny widok przez wizjer i poczucie, że zaraz oszalejesz od samego patrzenia. Ta gra to nie jest radosna przygoda, to raczej symulator bycia ostatnim sprawiedliwym biurokratą w świecie, który i tak już dawno zdechł. Gameplay polega na tym, że stajesz się filtrem dla tej zimnej, bezdusznej organizacji FEMA, która ma gdzieś twoje uczucia, masz po prostu odhaczać punkty na liście, sprawdzać zęby, oczy i uśmiechy, próbując wyłapać tych cholernych Visitorów, którzy chcą się wedrzeć do twojej resztki normalności.
Monent gdzie czujesz, jak powoli tracisz kontakt z rzeczywistością, bo zaczynasz widzieć w ludziach tylko zestaw cech biologicznych do odhaczenia na liście. Każdy, kto puka do twoich drzwi, każda osoba błagająca o schronienie, staje się dla ciebie tylko potencjalnym „Visitorem”, który za ludzką maską skrywa coś, co chce cię po prostu skonsumować. To ciągłe porównywanie mikroskopijnych detali, szukanie asymetrii w uśmiechu czy martwoty w spojrzeniu, jest niesamowicie wyczerpujące, bo wiesz, że jeden mały błąd, jedna chwila litości dla kogoś, kto wygląda „prawie” normalnie, skończy się twoją śmiercią, a jednocześnie każda odmowa sprawia, że czujesz, jak kawałek twojego własnego człowieczeństwa po prostu odpada i gnije.
Fabuła
Fabuła tej gry to w zasadzie wielki, bolesny traktat o samotności, który uderza najmocniej w momencie, gdy na ekranie pojawia się ten charakterystyczny Visitor i zadaje ci to ciche, przenikliwe pytanie: „Are you alone?”. To nie jest tylko mechaniczny element gry mający cię przestraszyć, to jest moment, w którym gra przestaje być symulatorem bramkarza i staje się lustrem twojej własnej egzystencji. To pytanie jest metaforą całego twojego życia w tym zamkniętym pokoju.
Cała historia tej epidemii i Visitorów, którzy upodabniają się do nas w sposób niemal idealny, to tak naprawdę opowieść o tym, jak bardzo boimy się siebie nawzajem i jak bardzo epidemia nieufności potrafi zniszczyć nas szybciej niż jakikolwiek wirus. Samotność bohatera nie wynika tylko z faktu, że jest zamknięty w czterech ścianach, ona wynika z tego, że przestał widzieć w innych ludziach ludzi, a zaczął widzieć w nich zagrożenie, co sprawia, że w pewnym sensie sam staje się Visitorem we własnym życiu.
Istotą, która tylko udaje, że jeszcze funkcjonuje, podczas gdy w środku jest już tylko pustka i echo tego jednego, dręczącego pytania o to, czy jest się samemu.
Zakończenia
Myślisz sobie, że jak przetrwasz te dni, jak będziesz idealnie skanował te brudne paznokcie, sprawdzał nienaturalnie białe zęby czy przekrwione oczy u każdego, kto puka do twoich drzwi, to dostaniesz jakąś nagrodę, ale prawda jest taka, że w No, I'm Not a Human każde zakończenie to po prostu inny odcień beznadziei. Weźmy na przykład to rzekomo „dobre” zakończenie, w którym nie wpuszczasz ani jednego Visitora i udaje ci się zejść z garstką ocalałych ludzi do piwnicy, żeby przeczekać ten cały słoneczny kataklizm. Brzmi jak sukces, prawda? Ale w rzeczywistości siedzisz tam w ciemności, słuchasz szumiącego radia i powoli dociera do ciebie, że to nie jest żaden happy end, tylko zwykłe odroczenie wyroku, bo zapasy zaraz się skończą, a ty będziesz musiał patrzeć w oczy tym ludziom, wiedząc, że po drodze skazałeś na śmierć dziesiątki innych, odrzucając ich pod drzwiami tylko dlatego, że ich uśmiech wydał ci się o milimetr za szeroki.
A jeśli ulegniesz litości i popełnisz choć jeden błąd, wpuszczając Visitora, dostajesz to najgorsze, klasyczne zakończenie, w którym co noc ktoś w twoim domu po cichu ginie, a rano na ekranie wita cię tylko ten suchy komunikat, że znowu śmierdzi trupem, aż w końcu potwór dobiera się do ciebie, udowadniając ci prosto w twarz, że w tym świecie bycie dobrym człowiekiem to najszybsza forma samobójstwa. Jeszcze bardziej ryje banię to ukryte, absolutnie chore zakończenie z „Dzieckiem Zagłady” wpuszczasz do domu tę uwodzicielską kobietę, próbujesz być miły, a ona i tak umiera, zostawiając w domu jakiś upiorny płód, który potem znajdujesz, jak pije psie mleko w środku nocy; gapisz się na ten ekran i czujesz, że ten świat jest już tak totalnie zepsuty.
Masz też te opcje frakcyjne, które są idealnym odzwierciedleniem tego, jak bardzo ta paranoja cię łamie, możesz z czystego, ludzkiego zmęczenia po prostu poddać się i dołączyć do tej pokręconej sekty czczącej śmierć, pozwalając Visitorom wymordować wszystkich w domu, byle tylko wreszcie przestać walczyć i poczuć jakąkolwiek, choćby najbardziej chorą formę przynależności. Możesz też pójść w drugą stronę i zaprzedać duszę organizacji FEMA, oddając im ludzi z własnego domu i stając się takim samym bezdusznym, odzianym w kombinezon trybikiem, jakim są oni, co wcale nie daje ci poczucia bezpieczeństwa, a jedynie zabija w tobie resztki własnego „ja”. Każdy z tych finałów zostawia cię z takim ciężkim, ołowianym uczuciem w klatce piersiowej, bo uświadamiasz sobie, że gra od samego początku wcale nie daje ci wyboru między życiem a śmiercią, tylko każe ci zdecydować, jak bardzo jesteś w stanie się zeszmacić moralnie i wyzbyć własnego człowieczeństwa, żeby dożyć kolejnego, równie beznadziejnego poranka. Cały ten wyczerpujący maraton gapienia się przez wizjer kończy się po prostu gigantyczną pustką, i nieważne, czy zostajesz na końcu sam w domu z tym przerażającym, bladym Intruzem, czy otaczasz się w piwnicy ludźmi, i tak gapisz się potem w te napisy końcowe z poczuciem, że właśnie zmarnowałeś kilka godzin na perfekcyjną symulację tego, jak to jest nie mieć kompletnie żadnej przyszłości.
Szczerze, stary, jak o tym myślę, to nie wiem, co jest gorsze: dać się zeżreć potworom, czy przeżyć to wszystko i zostać z takim brudem na sumieniu.
9/10


