The Witch's House-Horror RPG
The Witch's House, bo własne problemy to za mało, więc idziesz do lasu:
Znasz to uczucie, kiedy jest środek nocy, patrzysz w monitor i masz taką pustkę w głowie, że odpalasz cokolwiek, byle tylko nic nie czuć żenującej bezczynności? No to ja tak odpaliłem The Witch's House. Pikselowa gierka zrobiona w RPG Makerze. Pomyślałem: "dobra, pochodzę sobie małą dziewczynką po domku w lesie, może być".
Tylko że ten dom to jest w zasadzie metafora tego, jak czasem wygląda życie, cokolwiek zrobisz, i tak dostajesz w twarz.
Dom, który po prostu cię nienawidzi:
Grasz jako Viola. Dziewczynka budzi się w lesie, droga powrotna jest zablokowana przez jakieś wielkie róże, więc jedyne wyjście to wejść do starej, przerażającej rezydencji. I tu zaczyna się cała zabawa, która wcale nie jest zabawna.
Ten dom to nie jest normalne miejsce z zagadkami. To miejsce, w którym dosłownie wszystko chce cię zabić. I to w najgłupszy możliwy sposób:
- Czytasz książkę leżącą na stole? Śmierć.
- Ratujesz motylka? Śmierć.
- Zaglądasz do szafy? Coś cię zjada. Śmierć.
To jest ciągła metoda prób i błędów. Robisz krok, giniesz, wczytujesz grę. Robisz dwa kroki, znowu giniesz. To dziwnie znajome uczucie próbujesz coś poskładać, a to i tak rozpada ci się w rękach. Po dwudziestym razie przestajesz się w ogóle bać tych "jump scare'ów". Patrzysz tylko tępym wzrokiem, jak krew zalewa pikselowy ekran, klikasz "wczytaj"
Jedyny "przyjaciel" to sarkastyczny kot:
W tej całej beznadziei jest jedna postać, z którą możesz wejść w jakąkolwiek interakcję czarny kot. Pełni funkcję punktu zapisu gry. Siedzisz w tym mrocznym, chorym domu, gdzie ściany krwawią, i nagle widzisz kota. Myślisz, że to chociaż oznaka normalności
Ale ten kot ma cię w nosie. Gada do ciebie z takim zblazowaniem, jakby to, że zaraz coś odgryzie ci głowę, było dla niego tylko wtorkowym wieczorem. Jest irytujący, ale w sumie to jedyne towarzystwo, jakie masz. Z czasem zaczynasz go traktować jak jedyny punkt odniesienia w tym bagnie.
W The Witch's House najgorsze nie są potwory. Najgorsza jest ta świadomość, że jesteś tam zupełnie sam, a miejsce, w którym się znajdujesz, bawi się tobą jak lalką.
Ellen to nie jest potwór z bajki, to po prostu ból w pikselach:
Kiedy pierwszy raz słyszysz o "czarownicy", wyobrażasz sobie jakąś złą babę z bajek, która chce zjeść dzieci, bo tak ma w scenariuszu. Ale w tej grze im głębiej wchodzisz w te korytarze, tym bardziej dociera do ciebie, że Ellen to po prostu skrzywdzony dzieciak, którego życie od samego początku było jednym wielkim żartem. Choroba, która zjadała jej ciało, sprawiała, że każdy dzień był walką, o której nikt nie chciał słyszeć. Rodzice? Niby byli, ale jakby ich nie było, w pewnym momencie czytasz o tym, że nawet oni nie potrafili na nią patrzeć bez obrzydzenia. I to jest ten moment, kiedy przestajesz widzieć w niej antagonistkę. Zaczynasz widzieć w niej kogoś, kto po prostu pękł pod ciężarem, którego nikt nie powinien dźwigać.
Ten dom, który cię więzi, to w rzeczywistości jej jedyna bezpieczna przystań, jedyne miejsce, gdzie mogła mieć jakąkolwiek kontrolę. To jest przerażające, ale też na swój sposób zrozumiałe, kiedy świat cię nienawidzi, budujesz własny świat, w którym ty ustalasz zasady, nawet jeśli te zasady są okrutne. Ellen nie zabija, bo jest "zła" w taki komiksowy sposób. Ona zabija, bo chce przestać czuć to, co czuje od urodzenia. Chce zdrowego ciała, chce oddechu bez bólu, chce słońca, którego nigdy nie mogła dotknąć bez strachu. To taka desperacja, która sprawia, że robisz rzeczy straszne, a potem patrzysz w lustro i już nawet nie poznajesz własnej twarzy.
Viola i Ellen czy to przyjaźń, która miała się udać?
Jak o tym myślę, to widzę dwie osoby, które utknęły w czymś, czego żadna z nich nie rozumiała do końca tak samo. Z jednej strony masz Violę taką trochę naiwną, dobrą dziewczynę, która pewnie myślała, że jak poda komuś rękę, to świat stanie się nagle lepszy. Ona weszła do tego domu z taką czystą intencją, jaką masz tylko wtedy, gdy jeszcze wierzysz, że ludzie są z natury okej. Myślała, że ma przyjaciółkę. Że te wspólne chwile, o których czytasz w notatkach, to było coś prawdziwego.
A z drugiej strony masz Ellen. I tu zaczyna się ten prawdziwy, duszny mrok. Ellen nie patrzyła na Violę jak na kumpelę. Patrzyła na nią jak na wyjście ewakuacyjne. Wyobraź sobie, że siedzisz w płonącym budynku i nagle widzisz kogoś, kto ma klucz do wyjścia, nie zastanawiasz się, czy go poturbujesz, wyrywając mu ten klucz. Po prostu go bierzesz, bo chcesz żyć. Ellen kochała Violę, ale to była taka chora, pasożytnicza miłość. Kochała jej zdrowie, jej niebieskie oczy, jej możliwość chodzenia po lesie bez bólu. To nie była relacja dwóch osób, to była relacja drapieżnika i ofiary, która jeszcze merda ogonem, bo nie wie, co się święci.
Najgorsze jest to, że one obie w pewnym sensie potrzebowały siebie nawzajem, ale z zupełnie innych, tragicznych powodów. Viola potrzebowała czuć się potrzebna, a Ellen potrzebowała kogoś, kogo mogłaby zniszczyć, żeby samej przetrwać. To nie jest smutne w taki ładny sposób, jak w filmach. To jest po prostu... brudne. Taka cicha tragedia dwóch dziewczynek, z których jedna była zbyt dobra, a druga zbyt złamana przez życie, żeby mogło z tego wyjść cokolwiek innego niż katastrofa. Gapisz się na te ich wspólne wspomnienia w grze i po prostu czujesz, jak ci siada nastrój, bo wiesz, że ta „przyjaźń” od początku była tylko odliczaniem do momentu, w którym jedna zgaśnie, żeby druga mogła zapłonąć.
Powiedzmy coś o "ciekawszym" zakończeniu, choć ich jest więcej:
Najgorsze jest to, że gra zmusza cię do współczucia jej, a potem, w tym słynnym Prawdziwym Zakończeniu, wbija ci nóż prosto w brzuch. Cała ta intryga z zamianą ciał, to oszustwo, którego dopuściła się na Violi... to jest majstersztyk czystego, ludzkiego świństwa zrodzonego z cierpienia.
Viola była jedyną osobą, która okazała jej serce, która przyszła do niej z pomocą, a Ellen wykorzystała to, żeby ukraść jej życie. To nie jest film z happy endem, gdzie dobro zwycięża. To lekcja o tym, że czasem bycie dobrym i pomocnym to najkrótsza droga do zostania zniszczonym przez kogoś, kto już nie ma nic do stracenia.
Dla mnie to takie mocne 9/10.


