Twin Saga - Moja Nostalgia
Stary, po tym całym bagnie emocjonalnym i gniciu w ciemnych pokojach, o których gadaliśmy przed chwilą, przejście do Twin Saga to jest taki szok poznawczy, że aż mrużę oczy od tego nadmiaru kolorów i słodyczy. To tak, jakbyś po miesiącu siedzenia w piwnicy nagle wyszedł na środek japońskiego festiwalu waty cukrowej, niby jest miło, ale w głębi duszy czujesz, że to wszystko jest trochę zbyt sztuczne, żeby było prawdziwe.
Twin Saga to taki klasyczny, cukierkowy MMORPG od X-Legend, który próbuje cię przekonać, że życie jest proste, walka to tylko pokaz fajerwerków, a twoim największym problemem jest to, jak udekorować swój mobilny domek na plecach wielkiego żółwia. Ten cały system „Terracottage” to był właściwie jedyny powód, dla którego chciało mi się tam logować; posiadanie własnego, jeżdżącego domu, w którym możesz uprawiać ogródek i warzyć eliksiry, to szczyt marzeń kogoś, kto najchętniej w ogóle nie wychodziłby do ludzi, a tutaj mogłeś po prostu zabrać swoją samotnię ze sobą w podróż.
Gameplayowo to była taka radosna klepanina, gdzie mogłeś zmieniać klasy postaci jedną ręką, nie martwiąc się o żadne konsekwencje, co z jednej strony dawało masę wolności, a z drugiej sprawiało, że nic nie wydawało się naprawdę ważne. Szczyt rozrywki to zbieranie tych wszystkich Senshi, czyli małych pomocników, którzy biegali za tobą i gadali głupoty, co niby miało sprawić, że nie czujesz się sam.
Cały ten świat był tak nasycony kolorami i optymizmem, że aż robiło się niedobrze, a system walki, choć dynamiczny i pełen błysków, w pewnym momencie stawał się po prostu powtarzalnym grindem, w którym jedyne, co się liczyło, to coraz wyższe cyferki nad głowami potworów. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsze, bo pod tą warstwą lukru i uroczych animacji krył się ten sam, znany wszystkim graczom MMO mechanizm: pogoń za statystykami i wydawanie kasy na przedmioty kosmetyczne, żeby przez chwilę poczuć się kimś lepszym w tym wirtualnym tłumie. Ale to już chyba takie typowe w tych grach.
Fabuła w Twin Saga to w gruncie rzeczy taka klasyczna, kosmiczna opera mydlana ubrana w japońskie ciuchy z nadmiarem falbanek, gdzie w samym centrum mamy wielką kłótnię dwóch sióstr-bogiń, Marisy i Amaris.
Słuchaj, to jest taki schemat, że aż boli, jedna to ta dobra, świetlista, która chce chronić świat Aetherion i wszystkich jego mieszkańców, a druga to ta mroczna, która pewnego dnia stwierdziła, że wszystko, co żyje, trzeba po prostu zaorać i zacząć od nowa na jej własnych, surowych zasadach. I ty, jako ten cały „Sierota Losu”, wpadasz w sam środek tego rodzinnego piekła, próbując posklejać świat, który rozpada się na kawałki przez fochy nieśmiertelnych istot, które nie potrafią się dogadać przy wspólnym stole.
Marisa zostaje zdradzona i osłabiona, traci swoją boską moc, a ty stajesz się jej jedyną nadzieją i osobistym posłańcem, biegając od krainy do krainy i zbierając okruchy jej potęgi, co szczerze mówiąc, po kilku godzinach zaczyna przypominać pracę na darmowym stażu u kogoś, kto obiecuje ci zbawienie, ale na razie daje tylko kolejne zadania typu „zabij dziesięć króliczków”.
Cała ta historia jest podana w taki sposób, że nawet jak walczysz o przetrwanie całego gatunku ludzkiego, to wszystko dookoła jest tak nierealnie kolorowe i optymistyczne, że trudno brać to zagrożenie na poważnie; trudno czuć lęk przed końcem świata, skoro potwory wyglądają jak pluszowe zabawki, które tylko czekają, aż je pogłaszczesz, a nie przebijesz mieczem. Najbardziej dobijające w tym wszystkim jest to, że mimo tych wszystkich „epickich” przerywników filmowych i wielkich słów o przeznaczeniu, w głębi duszy czujesz, że jesteś tylko pionkiem w grze, której zasady są tak proste, że aż nudne, a te wszystkie dialogi o miłości, nadziei i ratowaniu świata brzmią tak pusto, jak echo w opuszczonym pokoju.
To opowieść o wielkim konflikcie i walce ze złem, ale zaserwowana z taką ilością cukru, że kompletnie zapominasz o jakiejkolwiek stawce, o którą niby grasz, i ostatecznie zostajesz z poczuciem, że ta cała wojna bogiń to tylko wymówka, żebyś mógł biegać w śmiesznych kostiumach i zbierać Senshi.
i 100
Graj
Wielkie legendy, bóstwa i przeznaczenie, a na koniec i tak lądowałeś sam w swoim jeżdżącym domku, zastanawiając się, czy ta cała walka o „świetlaną przyszłość” miała w ogóle jakiś sens, skoro dzisiaj po Marisie i Amaris nie został nawet jeden działający serwer, a ich wielki konflikt zgasł tak po prostu, jakby ktoś po kryjomu wyciągnął wtyczkę z kontaktu w środku najciekawszego odcinka anime.
Dla mnie Twin Saga dostaje takie naciągane 6/10, i to głównie z czystej nostalgii, bo dzisiaj ta gra to w zasadzie cyfrowe cmentarzysko, po którym hula wiatr, od kiedy oficjalne serwery poszły do piachu.
To idealnie pasuje do mojego nastroju, wielka, kolorowa obietnica przyjaźni i wielkiej przygody, która ostatecznie skończyła się wyłączeniem wtyczki i ciemnym ekranem. Siedzenie w tej grze teraz to jak spacerowanie po opuszczonym wesołym miasteczku; karuzele wciąż są kolorowe, ale nikt już na nich nie jeździ i nikt się nie śmieje. To była fajna odskocznia, żeby na chwilę zapomnieć o tym, jak bardzo świat jest do bani, ale ostatecznie nawet tam, wśród tych wszystkich słodkich Senshi i jeżdżących domków, dopada cię ta sama świadomość, że wszystko, co jasne, musi w końcu zgasnąć. Jeśli szukałeś czegoś, co cię pocieszy, to spóźniłeś się o kilka lat, bo teraz w Twin Saga jedyne, co znajdziesz, to ciszę, która dzwoni w uszach głośniej niż te wszystkie j-popowe motywy muzyczne z menu głównego.


